From: "...:::WISKOLER:::..." <ROT13_jvfxbyre vagrevn.cy>
Subject: Re: Zapytowywanie
Na grupie *pl.soc.uzaleznienia*, dnia 11 marzec (niedziela),
znalazłem donos TW *ALEX Lodzermensch*,
o treści cytowanej poniżej:

> A jak to się dzieje że mnie nie ciągnie ? Podobno alkoholik jak
> zacznie to *musi* pić do upadłego. A ja potrafię wypić 2 browary i
> mnie nie ciągnie do więcej.

A jesteś uzależniony od alkoholu?

IMHO: Nie musi pić do "upadłego". Bywają okresy w których sam sobie próbuje
udowodnić że nie będzie się upijał do nieprzytomności i wtedy ogranicza
ilość wprowadzanego alkoholu do organizmu.

Mówię cały czas o alkoholiku, człowieku uzależnionym od alkoholu.
--
....:::WISKOLER:::...

Ktoś zapukał do drzwi.
-Bormann - pomyślał Stirlitz
-Tak, to ja - pomyślał Bormann


From: "ALEX Lodzermensch" <kill spamers.us>
Subject: Re: Zapytowywanie
*...:::WISKOLER:::...*-san ni au koto ha itsumo tanoshii ]:->

>> A jak to się dzieje że mnie nie ciągnie ? Podobno alkoholik jak
>> zacznie to *musi* pić do upadłego. A ja potrafię wypić 2 browary i
>> mnie nie ciągnie do więcej.
>
> A jesteś uzależniony od alkoholu?

Jestem

> IMHO: Nie musi pić do "upadłego". Bywają okresy w których sam sobie
> próbuje udowodnić że nie będzie się upijał do nieprzytomności i
> wtedy ogranicza ilość wprowadzanego alkoholu do organizmu.

To jak to jest? Podobno po pierwszej dawce muszę pić do upadłego? To
muszę czy nie muszę? A co do 2 piw, kupuję 2 po robocie, wypijam i
mnie nie ciągnie. I ja nie próbuję niczego udowodnić, ja wiem że
jestem alkoholikiem.
>
> Mówię cały czas o alkoholiku, człowieku uzależnionym od alkoholu.

Ja także.


--
ALEX Lodzermensch, 1. Eskadra Krążowników Liniowych: Luetzow, Moltke,
Seydlitz, Derfflinger, von der Tann ]:->


From: "Okoń" <apawlicki poczta.tp.pl>
Subject: Już świta
Już świta

Przysiadł się dzisiaj do mej ławki
z samego rana mój anioł stróż.
Zapytał cienkim głosem eunucha:
Czy więcej tutaj podobnych dusz?

Spojrzał w kałużę co pod nią stała
spojrzał w me oczy zasnute mgłą.
Browar wyciągnął gdzieś z za pazuchy
i zaczął poić gębę nim swą.

Poczułem wstręt, wprost obrzydzenie
do jego brudnych śmierdzących piór.
Spojrzałem trzeźwiej, butelka pusta
słychać gdzieś pieje kolejny kur...

Andrzej


From: "b." <alebogna interia.pl>
Subject: Re: Okoń
Hehe, rozbawiły mnie twoje wierszyki :)

Był taki anioł, który powiedział: "już MOŻESZ...."

Pozdrawiam


From: "Okoń" <apawlicki poczta.tp.pl>
Subject: Królowa stołu
Królowa stołu

Stół a na nim biały obrus
talerzyki, srebrne sztućce.
Ogóreczki, chleb, wędlina
wszystko się przygląda wódce.

Wszystko dla niej tutaj stoi
ona jest królową stołu.
Dzięki niej to panna Krysia
rozbierze się do rosołu.

Dzięki niej się zaczną tany
bicie w mordę, czy śpiewanie.
Dzięki niej rozejdą goście
gdy zabraknie jej nad ranem.

Ona rządzi ludzkim ciałem
ona ludźmi poniewiera.
Za co kocha więc ją człowiek?
Trudno zgadnąć jest cholera.

Andrzej


From: "Ole Bule" <adresmusibyc vp.pl>
Subject: Tworczosc...
....no i zrobila nam sie z grupy o uzaleznieniach grupa pisarska! :-)

Moze w koncu jakis wierszyk o narkotykach? Nie tylko o wodce... :-P


Rejestracja domen
From: "Goblin [Łódź]" <goblin74 vp.pl>
Subject: alkoholik czy nie?
Mam takie pytanie. W sumie chodzi o definicję słowa alkoholik. Zastanawiam
się, czy można pić co dzień alkohol i nie być przy tym alkoholikiem?
Będę wdzięczny za wasze przemyślenia.

Pozdrawiam


From: "Ole Bule" <adresmusibyc vp.pl>
Subject: Re: alkoholik czy nie?
Definicja, powiadasz? Bedzie za kazdym razem inna - zaleznie od tego kto
alkoholizm zdefiniuje.

Moim skromnym zdaniem, o alkoholizmie (podobnie jak o narkomanii,
workoholizmie, uzaleznieniu od sexu, itp) mozna mowic wtedy kiedy ta forma
spedzania :-) wolnego czasu przejmuje kontrole nad zyciem.

Slowem, nie jest alkoholikiem ten kto pije duzo, ani nawet czesto jesli
nawyk ten nie bierze gory nad praca, rodzina, kontaktami z innymi.
Wliczylbym rowniez kwestie zdrowotne; jesli kac nie przeszkadza w
codziennosci to... alkohol pity w miare nie szkodzi nawet w najwiekszych
ilosciach...


From: gazebo <gazebo wilno.pl>
Subject: Re: alkoholik czy nie?
Użytkownik Goblin [Łódź] napisał:
> Mam takie pytanie. W sumie chodzi o definicję słowa alkoholik. Zastanawiam
> się, czy można pić co dzień alkohol i nie być przy tym alkoholikiem?
> Będę wdzięczny za wasze przemyślenia.
>

mozna

--
Come In Number 51, Your Time Is Up


From: "...:::WISKOLER:::..." <ROT13_jvfxbyre vagrevn.cy>
Subject: Re: alkoholik czy nie?
Na grupie *pl.soc.uzaleznienia*, dnia 17 marzec (sobota),
znalazłem donos TW *Goblin [Łódź]*,
o treści cytowanej poniżej:

> Mam takie pytanie. W sumie chodzi o definicję słowa alkoholik. Zastanawiam
> się, czy można pić co dzień alkohol i nie być przy tym alkoholikiem?
> Będę wdzięczny za wasze przemyślenia.
>
> Pozdrawiam

Można.
Przecież alkoholik to nie jest osoba pijąca alkohol. To zespół zmian jakie
on powoduje w psychice człowieka uzaleznionego.
--
....:::WISKOLER:::...

Stirlitz kopnięciem otworzył drzwi i na palcach, cichutko, zbliżył się do
czytającego gazetę Müllera.


From: "Abstynka" <abstynka interia.pl>
Subject: Re: alkoholik czy nie?

Użytkownik "Goblin [Łódź]" <goblin74 vp.pl> napisał w wiadomości
news:etha4d$pd2$1 news.onet.pl...
> Mam takie pytanie. W sumie chodzi o definicję słowa alkoholik. Zastanawiam
> się, czy można pić co dzień alkohol i nie być przy tym alkoholikiem?
> Będę wdzięczny za wasze przemyślenia.
>

Móc można.

Tu masz test: http://www.zdrowie.med.pl/alkohol/alk_03.html


--
Pozdrawiam serdecznie,
Abstynka


From: "Okoń" <apawlicki poczta.tp.pl>
Subject: Re: Tworczosc...

...no i zrobila nam sie z grupy o uzaleznieniach grupa pisarska! :-)

Moze w koncu jakis wierszyk o narkotykach? Nie tylko o wodce... :-P

Może więc o odlocie i miękkim lądowaniu?
Pozdrawiam!
Andrzej

ja tyko latać...

kiedy ptakiem już zostałem
- to mi latać zabroniono
biały fartuch długi rękaw
i do klatki zapędzono

a ja tylko latać chciałem
nie dotykać stopą ziemi
tam wysoko na obłoku
móc zamieszkać życie zmienić

w koło kraty klamek nie ma
tam swoboda na mnie czeka
a ja tutaj w ciasnym kącie
uwięziony przez człowieka

jak tak można więzić ptaka
wbrew naturze i wbrew woli
kradnąc wolność kradnąc zmysły
odbierając wzrok sokoli...

Andrzej


From: "Abstynka" <abstynka interia.pl>
Subject: Re: alkoholik czy nie?

Użytkownik "Ole Bule" <adresmusibyc vp.pl> napisał w wiadomości
news:ethfbg$bf8$1 news.onet.pl...
>... alkohol pity w miare nie szkodzi nawet w najwiekszych ilosciach...

Jedna z bardziej rozpowszechnonych bzdur. Inne mity dotyczące alkoholu i
picia znaleźć można tutaj: http://aaopole.republika.pl/m4.html


--
Pozdrawiam serdecznie,
Abstynka


From: gazebo <gazebo wilno.pl>
Subject: Kilka =?ISO-8859-2?Q?przemy=B6le=F1_na_temat_tak_zwanego?=
w zeszlym roku toczyla sie tu wymiana jak w temacie, watek pn. Kto z was
przestal pic bez AA, dlatego dla rownagi w stosunku do poezji
(zart :) pozwalam sobie na 3 linki

----------------------------
http://www.psychologia.net.pl/artykul.php?level=80
Kilka przemyśleń na temat tak zwanego "picia kontrolowanego"

Z uwagą śledzę dyskusję na temat tego, co nazywane jest po polsku
"piciem kontrolowanym". Dobrze się stało, że ten temat został poruszony.
Wraz z nim także i nasze mózgi zmuszone zostały do myślenia w nieco
szerszych kategoriach niż tylko "białe lub czarne", czyli psychoterapia
lub nihil faciendum (nic do zrobienia - z łaciny), to znaczy
pozostawienie przypadków beznadziejnych, niezdolnych do utrzymania
abstynencji bez żadnej pomocy alternatywnej.
[...]


--
careful with this axe Eugene!


From: gazebo <gazebo wilno.pl>
Subject: Wprowadzenie do =?ISO-8859-2?Q?artyku=B3u_=22Przed_alkoholem?=
http://www.psychologia.net.pl/artykul.php?level=84

[...]
Przyznaję, że dość długo byłem zwolennikiem teorii uzależniania się.
Pewnie bym nim był do dzisiaj, gdyby nie dociekliwość, wewnętrzna
potrzeba szukania wyjaśnień tam, gdzie ich brakowało. Wyjście z
"zaklętego kręgu uzależnień" wymagało dużej wyobraźni i przemyśleń,
jednak w końcu się opłaciło. Te same zjawiska mogłem zobaczyć inaczej, w
zgodzie z obiektywnie istniejącą rzeczywistością, bez potrzeby
zmieniania jej lub dopasowywania do moich przekonań. Jedno, co musiałem
zmienić, to moje przekonania. Nie tracąc niczego zyskałem wiele.

Już od dawna wydawało mi się naiwnym twierdzenie, że zdrowa osoba może
bez powodu pić alkohol w taki sposób i w takich ilościach, aby w końcu
się uzależnić. Zwłaszcza, że znałem wielu alkoholików, którzy wręcz nie
znosili smaku stężonego alkoholu (wódki), mimo to pili go w nadmiarze,
nieraz połykając po kilka razy cofający się pierwszy łyk. Pewnie dlatego
wielu alkoholików pije wyłącznie piwo. Byłem głęboko przekonany, że musi
być ku temu jakiś ważny powód. Dziś wiem, że moje przypuszczenia były
słuszne. Cała reszta treści zawartych w artykule "Przed alkoholem" to
tylko uzupełnienie moich obserwacji i przemyśleń oraz nazwanie ich po
imieniu.
[...]


--
careful with this axe Eugene!


Kosmetyki odmładzające - sklep internetowy z kosmetykami
From: gazebo <gazebo wilno.pl>
Subject: Przed alkoholem
http://www.psychologia.net.pl/artykul.php?level=79

Przed alkoholem

Dominujące obecnie poglądy na temat przyczyn uzależnienia opierają się
na założeniu, że osoby zdrowe piją alkohol z tych samych powodów, co
osoby, które w przyszłości się uzależnią, oraz, że częste i nadmierne
spożywanie alkoholu przez osobę uprzednio zdrową prowadzi do uzależnienia.

Czy tak jest na prawdę? Czy są to ludzie zdrowi od samego początku?
Zawsze miałem duże wątpliwości w tej kwestii. Postanowiłem sprawdzić to
w dostępnej literaturze i znalazłem odpowiedź. To zaś, co znalazłem -
potwierdziło moje własne spostrzeżenia, które czyniłem od dawna.
[...]


--
careful with this axe Eugene!


From: "Okoń" <apawlicki poczta.tp.pl>
Subject: Od jutra
Od jutra

Samotności swe kroki kieruję
to na peron to klatkę schodową.
Żadnych planów na przyszłoś nie snuję
za pazuchą mam wodę brzozową.

Drżącą ręką odkręcam koreczek
wnet już słychać cichutkie pykanie
Później sobie przypomnieć nie mogę
czy modlitwę zmówiłem przed spaniem...

Gdy nad ranem się budzę zmarznięty
wiem następny dzień na mnie czeka.
Pana Boga się pytam - Kim jestem?
Czy On widzi wciąż we mnie człowieka?

Łza goryczy policzek rzeźbi
klnę się wtedy od jutra nie piję.
Lecz cóż z tego dni takie krótkie
a ja na złość wciąż żyję i żyję...

Andrzej


From: "b." <alebogna interia.pl>
Subject: Re: Kilka przemyśleń na temat tak zwanego "picia kontrolowanego"
a gdzie pozostałe dwa linki ;-)
b.


Użytkownik "gazebo" <gazebo wilno.pl> napisał w wiadomości
news:etlffv$15h$1 nemesis.news.tpi.pl...
> w zeszlym roku toczyla sie tu wymiana jak w temacie, watek pn. Kto z was
> przestal pic bez AA, dlatego dla rownagi w stosunku do poezji
> (zart :) pozwalam sobie na 3 linki
>
> ----------------------------
> http://www.psychologia.net.pl/artykul.php?level=80
> Kilka przemyśleń na temat tak zwanego "picia kontrolowanego"
>
> Z uwagą śledzę dyskusję na temat tego, co nazywane jest po polsku
> "piciem kontrolowanym". Dobrze się stało, że ten temat został poruszony.
> Wraz z nim także i nasze mózgi zmuszone zostały do myślenia w nieco
> szerszych kategoriach niż tylko "białe lub czarne", czyli psychoterapia
> lub nihil faciendum (nic do zrobienia - z łaciny), to znaczy
> pozostawienie przypadków beznadziejnych, niezdolnych do utrzymania
> abstynencji bez żadnej pomocy alternatywnej.
> [...]
>
>
> --
> careful with this axe Eugene!


From: gazebo <gazebo wilno.pl>
Subject: Re: Kilka =?ISO-8859-2?Q?przemy=B6le=F1_na_temat_tak_zwa?=
Użytkownik b. napisał:
> a gdzie pozostałe dwa linki ;-)
> b.
>


obciazylem nimi oddzielne posty :)

--
Come In Number 51, Your Time Is Up


From: "Me(L)Isa" <aleksandra.mairron wp.pl>
Subject: Re: Od jutra

"Okoń"


> Od jutra
>
(...)
> klnę się wtedy od jutra nie piję.

obiecanki-cacanki, a głupiemu radość;-)

nooooo, można się było tego spodziewać...
pisz, pisz Andrzeju, grafomania to najlepszy z nałogów:-));-)

pozdrawiam,
--
Me(L)Isa

> Andrzej


From: "Me(L)Isa" <aleksandra.mairron wp.pl>
Subject: Re: Przestroga dla młodych PALACZY!

Użytkownik "Myszkin"


>Wychowywałem się w dymie - moi rodzice byli nałogowymi palaczami.
>Już jako kilkuletnie dziecko postanowiłem twardo, że nigdy tego
>świństwa do ust nie wezmę. Dziś zastanawiam sie czy miało to sens
>skoro mądre badania wykazują, że palenie bierne jest bardziej
>szkodliwe? "

Miało, przynajmnie wtedy, gdy Twoje dziecko będzie mieć Twój wiek
nie będzie próbować wyzwalać Cię z nałogu.

>Zalezy mi na uwolnieniu się od tego koszmaru! Jak to jest możliwe,
>niby w cywilizowanym świecie? Przecież to taka sama narkomania! To
>jest chore! (...)
>W nocy charczy, ksztusi się przes sen tak głośno, że słyszę to
>w drugim pokoju.

Mam 56 lat, mogłabym być Twoją matką. Trochę paliłam kiedyś.
Nigdy w domu przy dzieciach. Dom był azylem wolnym od dymu
papierosowego. Paliłam w pracy, na przyjęciach, w miejscach wyznaczonych,
ale od dawna już tego nie robię. Nie rozumiem, jak Twoja matka, wiedząc,
że Ty nie palisz, może niszczyć tak Twoje zdrowie.
Nie ma wskazówek" co zrobić", bo za mało wiem o Twojej sytuacji, ale
może powinieneś poszukaćc wsparcia u lekarza rodzinnego, może u psychologa?
Może potrafią wytłumaczyć Twojej matce skutki nikotyny na Jej i Twój
organizm?
pozdrawiam
Melisa


From: Kamil Dolny <gloken o2.pl>
Subject: o paleniu...
witam,

mam takie ma=B3e i kr=F3tkie pytanie. wpierw mo=BFe si=EA przedstawi=EA.
mam oko=B3o 30 lat, sko=F1czy=B3em dwa kierunki obie z najwy=BFsz=B1 ocen=
=B1 na=20
dyplomie, w=B3a=B6nie szykuje si=EA do obrony doktoratu. mam =BFon=EA, pl=
anujemy=20
dziecko. mieszkamy w Holandii.
jak pewnie wiecie tutaj jest legalne palenie marihuany. i w zwi=B1zku z=20
tym pytanie. tak si=EA sk=B3ada, =BFe z =BFon=B1 palimy jeszcze od czas=F3=
w liceum,=20
zazwyczaj przy okazji imprezy albo w sobot=EA wieczorem w domu. zaczynam=20
si=EA zastanawia=E6 czy mo=BFna to nazwa=E6 uzale=BFnieniem.
obydwoje nie palimy papieros=F3w (wg. nas s=B1 o wiele gorsze), a alkohol=
=20
pijemy okazjonalnie, zazwyczaj razem z paleniem marihuany - by odpocz=B1=E6=
=20
po ci=EA=BFkim tygodniu przy okazji weekendu.
uwa=BFamy palenie marihuany za normaln=B1 rzecz, tak jak popijanie sobie=20
piwka. nie nadu=BFywamy i nigdy nas nie ci=B1gn=EA=B3o do 'mocniejszych' =
u=BFywek.
zadaje to pytanie ze wzgl=EAdu na to i=BF planujemy dziecko. zasadniczo=20
nigdy nie mieli=B6my problemu z 'odpuszczeniem sobie' =B6miesznego=20
papieroska. jednak faktycznie - palimy w zasadzie regularnie co tydzie=F1=
=20
w sobot=EA. czy mo=BFna nazwa=E6, =BFe jeste=B6my uzale=BFnieni?

pozdrawiam!


From: "Me(L)Isa" <aleksandra.mairron wp.pl>
Subject: Re: o paleniu...

"Kamil Dolny" witam,

(...)
"uważamy palenie marihuany za normalną rzecz, tak jak popijanie sobie
piwka. nie nadużywamy i nigdy nas nie ciągnęło do 'mocniejszych' używek.
zadaje to pytanie ze względu na to iż planujemy dziecko. zasadniczo
nigdy nie mieliśmy problemu z 'odpuszczeniem sobie' śmiesznego
papieroska. jednak faktycznie - palimy w zasadzie regularnie co tydzień
w sobotę. czy można nazwać, że jesteśmy uzależnieni?"
============================================
wszystkie uzywki z czasem moga prowadzic do uzależnienia.
polecam inny sposób rozładowywania stresu: basen, gimastykę,
spacer, zajmowanie sią jakimś użytecznym hobby np. ogród i etc.
ten swiat niestety pełen jest ludzi uzaleznionych; jesli chcesz
przekonac sie jak będzie w Twoim (Waszym) przypadku,
rób tak dalej, obyś tylko kiedyś tego gorzko nie żałował.
a i największy procent alkoholików pije tylko piwo.;-)

ps. bardzo dobry link podany dwa tematy wcześniej,
"przed alkoholem" na temat powstawania uzależnień.

pozdrawiam!
Melisa


From: "Krait" <krait gazeta.pl>
Subject: Re: o paleniu...

Użytkownik "Kamil Dolny" <gloken o2.pl> napisał w wiadomości
news:eu0vt3$3hl$1 aioe.org...
witam,

mam takie małe i krótkie pytanie. wpierw może się przedstawię.
mam około 30 lat, skończyłem dwa kierunki obie z najwyższą oceną na
dyplomie, właśnie szykuje się do obrony doktoratu. mam żonę, planujemy
dziecko. mieszkamy w Holandii.
jak pewnie wiecie tutaj jest legalne palenie marihuany. i w związku z
tym pytanie. tak się składa, że z żoną palimy jeszcze od czasów liceum,
zazwyczaj przy okazji imprezy albo w sobotę wieczorem w domu. zaczynam
się zastanawiać czy można to nazwać uzależnieniem.
obydwoje nie palimy papierosów (wg. nas są o wiele gorsze), a alkohol
pijemy okazjonalnie, zazwyczaj razem z paleniem marihuany - by odpocząć
po ciężkim tygodniu przy okazji weekendu.
uważamy palenie marihuany za normalną rzecz, tak jak popijanie sobie
piwka. nie nadużywamy i nigdy nas nie ciągnęło do 'mocniejszych' używek.
zadaje to pytanie ze względu na to iż planujemy dziecko. zasadniczo
nigdy nie mieliśmy problemu z 'odpuszczeniem sobie' śmiesznego
papieroska. jednak faktycznie - palimy w zasadzie regularnie co tydzień
w sobotę. czy można nazwać, że jesteśmy uzależnieni?


Jeśli "wyłączenie" tych działań na przykład na rok czy dwa nie sprawi wam
problemu, to nie ma raczej mowy o uzależnieniu. Raczej...

Krait


Sklep z biżuterią
From: "Okoń" <apawlicki poczta.tp.pl>
Subject: Tradycja
Każdy z nas w życiu ma swoje "pięć minut". Czy warto je zamieniać na
alkohol?
Serdecznie pozdrawiam! :-)
Andrzej


Moje pięć minut

Wszystkiemu winna jest tradycja. Ona była odwieczną sprawczynią moich
nieszczęść. To dzielenie się wielkanocnym jajkiem, zawsze wychodziło mi
bokiem. Ale ten ostatni raz, to już sam przeszedł wszelkie granice
przyzwoitości.. Jeszcze dziś gdy sobie przypomnę, zły jestem na siebie i na
te całe Święta. No bo źle bym to miał siedząc na kolejowej kasie. Ruch
niewielki, pociągi jeżdżą tylko tyle bo jeżdżą. Siedział bym sobie jak u
Pana Boga za piecem. Węgiel, sorty, zniżka na pociąg. Na mundurowych to i
baby przecież inaczej patrzą. Bo to co dzień jakby nie było pod krawatem.
Samo przez się, trzeba i buty wyczyścić i gębę ogolić. Człowiek idąc na
służbę musi wyglądać po człowieczemu, nie jak jakaś łachudra czy też
łazik...
A i samemu jakoś tak raźniej na samą myśl - że ktoś tam na górze myśli za
Ciebie.

Wezwał mnie któregoś dnia zawiadowca stacji i powiada. Nie chcecie to
Jędrzejczyk jechać czasami do sanatorium? Stara Fabisiakowa zrezygnowała i
jest jedno wolne miejsce.
- A co to ja gruźlik jakiś, abym po sanatoriach się musiał wycierać. Gruźlik
nie gruźlik - kolej pokrywa wszystkie koszta, przy tej okazji możecie
grosza zaoszczędzić, świata trochę zobaczyć, a może i kobietę swojego życia
spotkać.

Wiek chrystusowy dawno już miałem za sobą, baba by się więc przydała - bo to
i uprać, pocerować co nie co, czy nawet tej byle jakiej zupiny rozgotować,
to już zawsze przecież lżej. Zimą można by było i ładnych parę wiaderek
węgla przyoszczędzić, leżąc tak sobie razem pod pierzyną.


Zgodziłem się więc, żeby później nie pluć sobie w brodę, że przegapiłem
wyjątkową okazję.
Co prawda martwił mnie dzień rozpoczęcia - bo to początek Świąt
Wielkanocnych.
Zawiadowca uspakajająco tłumaczył mi: to i lepiej - na pewno trafisz na
iście królewskie przyjęcie. W domu byś tego Jędrzejczyk nigdy nie miał...
Ja mu wierzyłem jak ten głupi. Zawsze to przecież wykształcony człowiek. Ma
myślałem lepiej poukładane w głowie niż ja...

Wielkimi krokami zbliżał się dzień wyjazdu. Sam nawet nie wiedziałem, że
ubrań, znaczy się: koszul, kalesonów, skarpet i innych takich rzeczy
nagromadzą się aż dwie wielkie tekturowe walizy. Swoją świetność co prawda
pamiętały jeszcze z lat pięćdziesiątych, ale były mocne, obszerne, a o to
jedno przecież tylko chodziło. Ostatnie części garderoby pakowałem pomagając
już sobie kolanem. Walizy ścisnąłem mocno skórzanymi paskami, aby nie
rozlazły się broń Boże podczas podróży. Dopiero bym sobie narobił ambarasu,
myślałem .

Kilka minut przed wyjściem usiadłem, aby choć na chwilę zebrać rozbiegane
myśli. Zmówić jakikolwiek bądź pacierz.

No i ruszyłem - w myśl powiedzenia : Komu w drogę, temu krzyżyk na drogę...

W dodatkowej foliowej torebce zabrałem ze sobą trochę jadła i picia. No bo
jak by nie było do przejechania miałem prawie połowę naszego kraju.
Nigdy jeszcze nie byłem taki szmat drogi od domu. Siedząc sobie za oknem
pędzącego pociągu, oglądałem przesuwający się niczym filmowa klisza,
krajobraz.
Zdziwiło mnie trochę milczenie podróżnych. Każdy z nas spoglądał przez okno
i udawał, że na coś tam patrzy a może i patrzył, któż to z resztą może teraz
wiedzieć. Pomyślałem tylko sobie : za komuny to nikomu nie zamykała się
gęba. Każdy narzekał i na coś psioczył. A teraz - czyżby ludzie wstydzili
się tego, że dali się tak bez żadnych awantur zrobić w trąbę?

Nie wiem sam czemu przyszły mi do głowy słowa piosenki śpiewanej jeszcze gdy
byłem brzdącem.
Po cichu może to i z tych nerwów nuciłem więc sobie:
"Jeśli chcesz odpocząć, to połóż się pod pociąg a kiedy pociąg ruszy,
zaśpiewaj razem z nim." Dalszych słów za nic nie mogłem sobie przypomnieć.
Aby czas szybciej leciał powtarzałem więc w kółko ten rytmiczny zlepek dwóch
głupich zdań.

Do przedziału wszedł nie znany mi konduktor. Zasalutował i rozpoczął
sprawdzanie biletów. Podchodząc do mnie, spojrzawszy na tekturowy kartonik
zagadnął: kolega na odpoczynek widzę jedzie? Przy okazji oznajmił mi, że
jest nas tu więcej w tym pociągu. Wszyscy do sanatorium. Jakoś tak raźniej
mi się od razu zrobiło, że to i z mojej bądź co bądź trasy będzie kilku
kolegów z tej samej branży.

No.. i jesteśmy na miejscu. Wysypała się nasza kolejarska brać. Poubierana
jak na bal przebierańców. Jedni w garniturach, inni w swetrach z wyłożonymi
kołnierzykami białych koszul, jeszcze inni w ortalionowych płaszczach
najnowszej generacji. To nie to co mundury i kolejarskie czapki. Pełen luz,
blues jak to się mówi.
Walimy zatem wszyscy jak jeden mąż do oddalonego o kilkaset metrów
sanatoryjnego budynku. Razem z nami jest i kilka kobiet, te już w drodze
musiały się zaprzyjaźnić, bo idą rechocąc ze sobą.

Ja mam zakwaterowanie w dwuosobowym pokoju na drugim piętrze. Abym dostał
tylko jakiegoś do rzeczy wspólnika - nie żadną tam ofermę, czy lebiegę myślę
sobie.

Otwieram drzwi i :

Kazik! To Ty? - Ano ja mówię biorąc Józka w objęcia.

Okazało się, że były dwa wolne miejsca, o czym zapomniał powiedzieć
zawiadowca a może chciał nam zrobić niespodziankę? Teraz to już jednak nie
jest to wszystko takie ważne...

Józiu! - Od jutra święta, może byśmy tak zrobili sobie takie delikatne,
skromne jajeczko mówię. Po drodze widziałem małą knajpkę, wzięlibyśmy tak na
wynos jakąś ćwiarteczkę. Jajka ja mam co prawda surowe, ale wziąłem ze sobą
na wszelki wypadek grzałkę nurnikową Śmiało więc można ze dwa ugotować w
niewielkim garnuszku. Święcić nie musimy...
Ot tak aby tradycji tylko stało się zadość...
Niewiele myśląc wstawiliśmy więc jajka, a sami nie tracąc czasu ruszyliśmy
po wspomnianą już wcześniej butelkę.

Na miejscu okazało się, że gorzałka jest i owszem, ale tylko do konsumpcji.
Wzięliśmy więc pół litra, dwa dzwonka śledzia w majonezie i oranżadę, tylko
ze względu na butelkę...
No i jak to się mówi po kielichu..., przy okazji uderzając w gadkę...

Wracając do "domu" naszą uwagę przykuł wygląd unoszącego się nad budynkiem
sanatoryjnym dymu i czerwień straży pożarnej.
Poznałem z daleka wystawione na schody tekturowe walizy i neseser Józka.

No tak - tradycji stało się zadość...

Ze względu na chuch jeszcze tego samego dnia musieliśmy wracać w nasze
rodzinne strony...
Sanatorium powiadomiło telefonicznie zawiadowcę. Zaraz więc po świętach
zacząłem szukać sobie nowej pracy. Kierownictwo nie darowało mi tego wstydu,
który jakoby przyniosłem swoim występkiem, jak oni to nazwali.


W początkach naszej demokracji to i o robotę było łatwiej.
Zostałem więc palaczem w pobliskiej szkole. Nie jestem już pracownikiem
kolejowym a pracownikiem oświaty. Nazwa firmy brzmi co prawda poważniej, ale
deputat, sorty, zniżkowy bilet - diabli wzięli. Nie mówiąc już o
jakichkolwiek choćby marzeniach na znalezienie mojej przyszłej towarzyszki
życia.

Spoglądając tak na ten ogień, nieraz mówię sobie - to chyba złośliwość jakaś
każe mi w niego patrzeć i przypominać - ten pierwszy wielkanocny dzień w
sanatorium.

Spluwam wtedy na pokrytą miałem podłogę i podświadomie wyczuwam jakiś trudny
do określenia żal do zawiadowcy.
Po jasną cholerę dawał mi to całe skierowanie. Czyż ja się o nie
prosiłem?...

Z drugiej strony to każdy z nas ma swoje pięć minut, należy je tylko
odpowiednio wykorzystać...
Dla mnie jak widać najważniejszą rzeczą w życiu jest ta cholerna tradycja...

Andrzej


From: "Ole Bule" <adresmusibyc vp.pl>
Subject: Re: Tradycja
Hmmm... Nie czesto czytam tego rodzaju texty (na internecie) do konca. Twoj
przeczytalem. Skojarzenie z... "Misiem", rzecz jasna, a zarazem pytanie do
Ciebie: czy to jakis epizod z Twojego zycia?

Pozdrawiam!


From: "Okoń" <apawlicki poczta.tp.pl>
Subject: Nikt
Nikt

Miałem dom, dobrze płatną pracę - A dzisiaj co? Zostałem nędzarzem - po
prostu Nikim. Jak do tego doszło? Jak to się stało?
Nie jeden już łamał sobie nad tym głowę a przypadek był prozaicznie prosty.
Była to zwykła "Pycha", najzwyklejsza ze zwykłych "Pycha". Taki diabelski
podszept. Chciałem po prostu, być kimś lepszym od innych i wyszło to mi
przysłowiowym bokiem. Zamiast zjeść coś treściwszego, pójść do kina, lub
chociażby do ZOO. Popatrzeć na stadne życie małp. Nauczyć się czegoś od
nich, liznąć tej małpiej wiedzy, tego instynktu życia w normalności. Nie, ja
pokierowałem się własnym rozumem.
Gdy tak się bardziej przyglądam jednak tej sprawie - to do odpowiedzialności
powinni jeżeli już chodzi o ścisłość pociągnąć też mego kierownika:
Zachciało mu się dobrych uczynków, tej miłości kierownictwa do pracowników.
Co mu wpadło do głowy, z tą moją podwyżką a może i wiedział, że będzie ona
dla mnie jakimś rodzajem kary, pokuty za tą moją milczałokowatość. Znał mnie
przecież od wielu lat. Raz nawet podczas któregoś kolejnego Święta Pracy
byliśmy sobie po imieniu...
Na drugi dzień wszystko wróciło do normy. Znów było Panie Kierowniku, panie
ten no, no ,no... Zawsze zapominał mego imienia, nie mówiąc już o nazwisku.
Rozgadałem się, zostawiając sedno sprawy gdzieś tam na poboczu, ale to
właśnie o nim, chciałbym przecież opowiedzieć. Ku przestrodze innych a
będących niekiedy w podobnie zbliżonej sytuacji.
Zmieniono mi angaż. Z dniem pierwszego stycznia miałem zarabiać o całą
złotówkę i pięćdziesiąt groszy na godzinę więcej. Niby nie wiele, ale już
sama wyższa grupa osobistego zaszeregowania stawiała moją osobę wyżej o
jeden szczebel
w zakładowej hierarchii . Jeszcze kilka takich podwyżek i awans na
brygadzistę zapewniony. Pan Stasio za kilka lat żegnać się przecież będzie z
brygadą i całym tym tatałajstwem będzie musiał ktoś się zająć. No tak, ale
to tylko taka perspektywa, takie niby plany na przyszłość a z planami to
różnie bywa. Często słyszałem, że ktoś tam planował puścić bąka a narobił w
portki...
Mnie jednak wcale nie jest do śmiechu, gdy tak sobie rozmawiam w milczeniu z
Wami. Muszę przecież wyznać do jasnej cholery komuś prawdę. Oczyścić swoją
osobę z podejrzeń i insynuacji.
A więc do rzeczy: Pierwszą po podwyżce pensję dostałem dziesiątego lutego a
już jedenastego nie miałem gdzie mieszkać i poszukiwała mnie policja do
złożenia wyjaśnień...
A co tu było wyjaśniać - wziąłem nogi za pas i tyle mnie widzieli. Z roboty
po trzech dniach nieobecności wypieprzyli dyscyplinarnie na zbity pysk.
Mieszkam a w zasadzie koczuję
na jednym z Warszawskich dworców. Specjalnie nie mówię jakim a nuż całe to
moje opowiadanko wpadnie w niepowołane łapy i czarny chleb z czarną kawą
murowany...
Długo zastanawiałem się, na co przeznaczę te kilka złotych dziennej
podwyżki. Od dawna miałem wszystko przecież poukładane w domowym budżecie :
Tyle to na czynsz, tyle na światło, wodę, bilet miesięczny. Całą resztę
przeznaczałem na bieżącą konsumpcję. Ani żem nie odkładał, ani nie pożyczał.
Wszystko to miałem obcykane jak to się mówi co do grosza. Nie musiałem nic a
nic główkować na co i kiedy mam wydać. Sielankę zakłócił kierownik. Tą swoją
właśnie podwyżką pokrzyżował mi całe moje życiowe plany. No, ale cóż było
robić. Chwyciłem byka za rogi jak to się mówi. Po długiej naradzie samego z
sobą postanowiłem koniec końcem zmienić markę wypalanej codziennie paczki
papierosów. Nic głupszego jak się okazało nie mogłem w swoim życiu zrobić.
Zachciało mi się krajowego produktu, opartego jednak na tytoniu amerykańskim
z niewielkim tylko wtrąceniem naszego rodzimego produktu. Tak głosił napis
na paczce. Z doświadczeń wiem że prawdopodobnie było na odwrót. No, ale sam
przecież wygląd opakowania wiele już dla mnie znaczył, nie mówiąc o
rozchodzącym się wokół zapachem dymku. Teraz po latach transformacji nie ma
już tego typu asortymentu. Przepadł gdzieś razem z zachodnią technologią i
pomysłowością.
Papierosy te miały podnieść mój prestiż, moje samozadowolenie, podziw wśród
kolegów. ( Piszę tak, kolegów choć z każdym z nich zamieniłem ledwo po kilka
zdań ) Już sam nawet dokładnie nie wiem, co ja chciałem przez to osiągnąć...
No ale co się stało to się przecież nie odstanie. W dzień wypłaty wypaliłem
ostatnią paczkę naszych "Klubowych" i zakupiłem "Carmeny". Swoją drogą
ciekaw jestem dlaczego na Klubowych nie było "Clubowe" - tylko tak po
naszemu jak się pisze tak się czyta...
Luty tego roku był wyjątkowo chłodny. Kraj borykał się z rytmicznością
dostaw węgla do osiedlowych ciepłowni.
Priorytet miały huty, elektrownie, olbrzymie miasta...
Któż by tam myślał wtedy o takich zadupiach w postaci maleńkich powiatowych
miasteczek.
Klubowe miały to do siebie, że często wśród tytoniu trafiały się tak zwane
"karpy". Potrafiły one rozerwać z sykiem otaczającą tytoń bibułkę, niekiedy
gasły same z siebie, zmuszając nijako do wielokrotnego sięgania po zapałki.
Carmen tych wad nie posiadał, palił się równo, spokojnie, niekiedy w ciszy
można było usłyszeć tylko szelest spalającej się bibułki. Początkujących
koneserów tego gatunku taki papieros potrafił zrobić w konia. Położony na
skraju popielniczki mógł sam wypalić się do cna. Gdy to już zrobił,
obrzydliwym smrodem palącego się filtra oznajmiał nam swój żart. Dlatego też
nie należało go nigdy wypuszczać z ręki, tylko trzymając leciutko w
palcach - raczyć się jego pachnącym dymkiem. Co prawda bez zbytniego
pośpiechu, ale z wyczuciem i pewnym wrodzonym wdziękiem.
Co do wdzięku to u nas w domu palili wszyscy: zaczynając od starszego brata,
matki, ojca, bratowej a skończywszy na chorej ciotce. Firanki i łachy od
samego początku jak pamiętam przesiąknięte były dymem . Jedynym plusem tego
był całkowity brak korników we wszystkich drewnianych starociach. Widocznie
dym biedaczkom nie służył. Miałem jak widać godnych naśladowania
nauczycieli. Czyżby zgubiła mnie więc rutyna...
Nie wiem? Może tak - może i nie.
Z powodu zimna wlazłem pod kołdrę i z papieroskiem w ręku zacząłem snuć
plany na jutrzejszy dzień. Postanowiłem nikogo nie częstować i nie
przyjmować też żadnych poczęstunków. Wydawało mi się to całkowicie logiczne.
Nie biorąc papierosów, mogłem śmiało powiedzieć: Ja palę Carmeny i inne
poślednie marki nie wchodzą od dzisiaj w rachubę. Papieroski postanowiłem
nosić w górnej kieszonce roboczego drelichu. Była ona wysokości Klubowych
tak że paczka Carmenów zmuszona była nijako ze względu na swą długość
wystawać te dobre kilka centymetrów po wyżej. Paląc sobie delektowałem się
zarówno dymem, jak i błogim ciepłem rozchodzącym się po moim ciele...
Wszystko to trwało niezmiernie krótko. Coś zaczęło mnie parzyć i poczułem
wszech ogarniający mnie smród palącej się kołdry. Za moment tak jak stałem
znalazłem się na podwórku. Chwilę jeszcze patrzyłem na wydobywające się z
potrzaskanego okna kłęby dymu. Słyszałem jak ktoś próbował wskazać mnie
palcem. Później już tylko wycie dwóch ochotniczych straży pożarnych
próbowało przypomnieć mi o moim nieszczęściu...
Resztę już państwo znacie. Powiem tylko, może już tak na zakończenie.
Rzuciłem palenie. No proszę rymnąłem sobie nawet na koniec. Wiem że głupia
sprawa, ale czy nasze życie nie składa wyjątkowo z głupich spraw. To, że
piszę o tym nie jest jakoby donosem na samego siebie. Igraniem z ogniem
chciałem powiedzieć ale w porę ugryzłem się w język. Ot po prostu życie...
Nauka na własnych błędach - chciało by się rzec... Z drugiej strony nic nie
dzieje się samo, w świecie nie ma przypadków...

Andrzej


From: "Okoń" <apawlicki poczta.tp.pl>
Subject: Re: Tradycja

> Hmmm... Nie czesto czytam tego rodzaju texty (na internecie) do konca.
Twoj
> przeczytalem. Skojarzenie z... "Misiem", rzecz jasna, a zarazem pytanie do
> Ciebie: czy to jakis epizod z Twojego zycia?
>
> Pozdrawiam!

Nie, nie jest to epizod z mojego życia. To jest samo życie... Bowiem wielu
"kuracjuszy" wraca z Sanatorium do domu tym samym pociągiem, nie zdążywszy
zażyć kąpieli błotnych. ;-(
Dzięki za przeczytaniu tekstu, no i za ten "miód" na moje schorowane
serce...
Serdecznie pozdrawiam! :-))
Andrzej


From: "Okoń" <apawlicki poczta.tp.pl>
Subject: Re: Od jutra

Użytkownik "Me(L)Isa" <aleksandra.mairron wp.pl> napisał w wiadomości
news:eu0nhn$eof$1 atlantis.news.tpi.pl...
>
> "Okoń"
>
>
> > Od jutra
> >
> (...)
> > klnę się wtedy od jutra nie piję.
>
> obiecanki-cacanki, a głupiemu radość;-)
>
> nooooo, można się było tego spodziewać...
> pisz, pisz Andrzeju, grafomania to najlepszy z nałogów:-));-)
>
> pozdrawiam,
> --
> Me(L)Isa
>
> > Andrzej

Witaj Halinko! To i Ciebie tu przywiało? :-))
Serdecznie pozdrawiam! :-))
Andrzej


From: "Okoń" <apawlicki poczta.tp.pl>
Subject: Palenie można rzucić...
Wyższa matematyka

Pozbycie się nałogu palenia papierosów nie jest prostą sprawą jak by się
mogło wydawać. Ot laik powie wystarczy po prostu zaprzestać kupowania i
zgodnie z zasadą nie masz - nie palisz.
No tak, ale to jest rada laika a nas skręca, nosi z kąta w kąt, aż koniec
końcem idziemy do kiosku po następny wagon "smoczków" jak mawiał mój tata.
Ja potrzebowałem do osiągnięcia celu skorzystać z wyższej matematyki. Cały
ten szereg równań, dziwnych zbiegów okoliczności, musiał ułożyć sam Pan Bóg,
bo to normalny człowiek choćby i z jakimś tytułem, wpadłby na tak oryginalny
pomysł.?. Mówię tak, bo doskonale znam siebie i swoje te niby silne
postanowienia...

Popalanie zacząłem już w podstawówce, ale o żadnym tam jeszcze zaciąganiu
się nie było nawet mowy. Rozpaliłem się na dobre dopiero w wojsku. Te
informacje podaję tak tylko gwoli wstępu.

Któregoś to pięknego dnia zachorowałem na grypę a może to było tylko zwykłe
przeziębienie no, ale mniejsza z tym, nie oto przecież chodzi. Po prostu
zachorowałem i położyłem się do łóżka. By nie marnować czasu wziąłem sobie
trzy poduchy pod głowę, drugą taką samą ilość książek i po tygodniu gorączka
spadła. Narodził się za to tępy jednostajny męczący ból głowy. Zareagowałem
zdawać by się mogło prawidłowo wyciągając kartę do lekarza domowego.
Tekturowy kartonik z numerem osiem schowałem do kieszeni i nie spiesząc się
powędrowałem pod gabinet przyjęć.
Na poczekalni dziki tłum. Więc pytam - kto z państwa jest posiadaczem
numerka siódmego?

Cisza...

W końcu ktoś tam skrzeczącym głosem mówi: kolejka obowiązuje według
kolejności przyjścia. No więc nie pozostało mi nic innego tylko zapytać kto
ostatni, oprzeć się o ścianę i czekać. Byłem chyba ze trzydziesty gdyż w
międzyczasie dochodziły jeszcze te osoby które w bardzo cwany sposób
wykorzystywały wolny czas robiąc zakupy w pobliskich sklepach. No ale w
końcu przyszła kolej i na mnie...
Już , już mam wchodzić a tu wtacza się jakiś ogromny babsztyl i pyta się kto
ma numerek osiem. Ja, odrzekłem nie przeczuwając wiszącej w powietrzu
awantury. Ona na to, bo ja mam siódmy a więc jestem przed panem i na chama
władowała się przede mną do gabinetu.
Myślałem, że mnie zaraz tam na miejscu szlak trafi. No ale na szczęście
długo nie zagrzała i wytoczyła się za chwilę z powrotem.
Teraz ja stanąwszy przed doktorem zacząłem nieśmiało skarżyć się na ból
głowy. Ten zaczął udawać, że mnie nie słyszy a zresztą czort go tam wie.
Kazał zdjąć koszulę, kaszlnąć, przyłożył słuchawkę w okolicę serca i zaraz
kazał mi się ubrać. Ot i całe badanie miałem za sobą.
Jeszcze nie zaciągnąłem paska gdy ten już mnie pouczał:

Pan niech mi tu nie zaprząta czasu swoim bólem głowy, przy tak chorym sercu.
Tu ma pan skierowanie do szpitala, w międzyczasie zrobić prześwietlenie i
EKG.
Teraz to już naprawdę zbaraniałem.
Już w drzwiach wytłumaczyłem żonie w czym rzecz. Ta w płacz, ot nieszczęście
zwaliło się na nasz dom.
EKG robiono w całkiem innej dzielnicy a więc na drugi dzień w drogę, nie
miałem na co czekać.
Tu okazało się, że obowiązują zapisy. Żona więc hyc do pani pielęgniarki ,że
to niby tylko po informację. Już po minie widzę, że jest OK. Zostanę
wyczytany i obsłużony jako pierwszy bez kolejki, że to niby poważny
przypadek.
Zły jestem bo mógł baran napisać Cito i nie było by takiej nerwówki.
No, ale już wzywa mnie pielęgniarka, koszula na krzesełko elektrody i
zaczynamy.
Z zawodu jestem tym co to niby wszystko potrafi i zna się. Aparat włączony a
ja czuję leciutki jeszcze nie wyczuwalny swąd palących się kabli. Kątem oka
zerkam więc na aparat i widzę, że faktycznie z przyrządu teraz już na całego
wali dym. Pani pielęgniarka wyjmuje wtyczkę z kontaktu i koniec przyjęć. Na
poczekalni szum, jakbym to ja był winien awarii.
No nic "EKG" już jest, teraz tylko rentgen klatki piersiowej. Żona ma na
szczęście długopis o kolorze przypominającym bazgroły lekarza pierwszego
kontaktu. Bez zastanowienia dopisuję Cito. Nawet charakter pisma się zgadza
jak byśmy to razem studiowali Bóg wie na jakim uniwersytecie.
Teraz tylko potrzeba żeby klisza pękła i będę miał komplet badań. Mruczę tak
sobie pod nosem na wszelki wypadek.

Nabrać powietrza w płuca nie ruszać się i nie oddychać. Badanie pilne,
odbiór jeszcze tego samego dnia. Raniutko na trzeci dzień walimy do
szpitala. Przed wejściem ostatni papieros , jeszcze kilka głębszych sztachów
i jesteśmy na izbie przyjęć. Za chwilę zjeżdża windą młodziutka lekarka,
żona tłumaczy co i jak z EKG, chwila wahania z jej strony i ląduję na
Kardiologii. Jest piątek dostaję przystawkę na korytarzu i czekam.
Przychodzi sobota nic, niedziela nic, w poniedziałek EKG
Wtorek nic, środa test wysiłkowy. Środek zimy palić się chce jak jasna
cholera. Papierosy i zapałki noszę przy sobie w pidżamie. Zapalił bym i boję
się. Widzę wokoło męczących się ludzi. Siłą woli wytrzymuję piąty dzień bez
papierosa. Ból głowy minął sam, zaraz po wyjściu z przychodni. Wiem coś nie
coś na ten temat, bo ja jestem z tych wrażliwych na stres. Jeszcze jedno
badanie, jeszcze coś tam sprawdzają i znów piątek, sobota, niedziela. Lekarz
prowadzący unika jakoś ze mną ze mną szczerej rozmowy w cztery oczy.
Ordynator w ogóle nie podchodzi do mojego łóżka...
Od kilku dni jestem już na sali a więc elegancja Francja. Żona co dzień
przynosi wałówkę. Żyć nie umierać jednym słowem, gdyby nie ta wredna choroba
serca.
Nie palę już dziesiąty dzień. Lekarz napomyka coś o wypisie. No i po dwóch
tygodniach pobytu w szpitalu jestem nareszcie w domu. Nie palę i jakoś nie
ciągnie mnie zbytnio. Boję się, łykam przecież pastylki. Po miesiącu
wyrzucam pomiętą paczkę do kosza.

Jestem wolny od nałogu.

Pieniążki cieszą się hałasując wesoło w kieszeni. Po jakimś dopiero czasie
dowiedziałem się, że te pół pastyleczki co łykam dziennie na to moje
"schorowane serce" to jakaś tam odmiana zwykłej aspiryny.
To niepokojące kołatanie serca to przez tą grubą jędzę wciskającą się bez
kolejki. Wystarczyło by dać jej wtedy w mordę i byłoby po sprawie. Na pewno
od razu bym się uspokoił.

No ale co, zacząć palić? Chyba bym musiał na głowę upaść.

Czy ktoś wyobraża sobie wymyślniejszą pułapkę niż ta którą założył na mnie
Pan.
Wierzę, że to tylko i wyłącznie dla mojego dobra.

To co opisałem w tych kilku zdaniach to szczera prawda nie jakieś tam
opowiadanie oparte niby na faktach autentycznych. Ja to po prostu przeżyłem
osobiście.

No i proszę można rzucić palenie - można. Tylko trzeba tego dobrze chcieć.
Puścił bym w tym miejscu teraz oczko, ale tak jakoś na papierze nie za
bardzo mi jeszcze wychodzi...

Andrzej


następna strona